21 lipca 2017
Wyruszyliśmy wcześnie z Kuźnic, jeszcze otuleni chłodnym, żywicznym zapachem porannego lasu. Na wysokości około 1.000 metrów nad poziomem morza dzień nie zdążył się jeszcze ogrzać, a światło słońca miękko przenikało przez świerki i jodły. Niebieski i żółty szlak prowadziły nas systematycznie w górę, a pod butami rytmicznie chrzęścił żwir i kamienie. Nad nami wznosiły się Tatry – ściana jasnych wapieni i dolomitów, ostro pofałdowanych i popękanych przez pradawne ruchy tektoniczne.
Po około czterdziestu pięciu minutach las nagle się przerzedził i wyszliśmy na rozległe łąki Hali Gąsienicowej. Przejście było nagłe i zachwycające. Ciemna zieleń drzew ustąpiła otwartej przestrzeni zalanej letnim światłem, na której stały niskie, drewniane pasterskie szałasy. Ich spatynowane drewno i pochyłe dachy wyglądały tak, jakby wyrosły z krajobrazu, ukształtowane przez wiatr, śnieg i wieki sezonowego użytkowania. Dookoła piętrzyły się strome grzbiety, ostre turnie i głębokie żleby wyrzeźbione przez wodę i mróz.
Podejście na Przełęcz między Kopami, zwaną także Karczmiskiem, wymagało równego tempa. Na dystansie 3,4 kilometra pokonaliśmy około 500 metrów przewyższenia, docierając na wysokość 1.499 metrów po mniej więcej godzinie i dwudziestu minutach. Szlak prowadził przez jasne piargi wapienne, niemal białe w słońcu. Z przełęczy otworzyła się panorama, a wysokogórski charakter Tatr stał się oczywisty – surowy, ostry i bezkompromisowy.
Galeria I
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w Dolinę Gąsienicową. Dolina otwierała się łagodnie, ukształtowana przez lodowce, które pozostawiły po sobie wygładzone skały i polodowcowe misy. Kolory zmieniały się nieustannie: intensywna zieleń traw, ciemne pasy kosodrzewiny i chłodne szarości odsłoniętych skał.
Po kolejnej godzinie dotarliśmy nad Zielony Staw Gąsienicowy, położony na wysokości 1.672 metrów. Woda jeziora mieniła się odcieniami zieleni i turkusu, odbijając niebo oraz mineralny charakter otaczających skał. Tutaj nasze drogi się rozeszły. Hania, Simon i Victor nie zdecydowali się na dalsze podejście na Kasprowy Wierch, ponieważ szlak stawał się bardzo stromy. Pożegnaliśmy się, a oni zostali w dolinie, podczas gdy ja ruszyłem dalej sam.
Podejście na Kasprowy Wierch było dla mnie zaskoczeniem. Mimo operacji haluksów obu stóp przeprowadzonej zimą, szedłem szybciej, niż się spodziewałem. Szlak piął się ostro, prowadząc zakosami przez ostre wapienie i ciemniejsze skały metamorficzne. Wraz z wysokością dolina zostawała coraz dalej w dole, a wiatr stawał się coraz silniejszy. Na wysokości 1.987 metrów stanąłem na szczycie.
Na zewnątrz, siedząc na krześle w słońcu przed restauracją, wypiłem kawę i chłonąłem widok. Tatry rozciągały się bez końca – grzbiety ginęły w niebieskawej dali, chmury sunęły szybko, a cienie przesuwały się po zboczach.
Galeria II
Powrót prowadził zielonym szlakiem przez Myślenickie Turnie do Kuźnic, obok Drogi Brata Alberta 1. Zejście zajęło mi znacznie więcej czasu, niż przewidywały opisy. Z każdym krokiem narastał ból i nacisk na duże palce stóp, co wyraźnie spowalniało tempo. Mimo to krajobraz pozostawał poruszający: chmury oplatające szczyty, srebrzyste światło przebijające się przez niebo i stała obecność gór – starych, niewzruszonych i ponadczasowych.
Gdy w końcu, zmęczony i obolały, wróciłem do Kuźnic, dzień wydawał się domknięty. Była to długa wędrówka – prawie dziewięć godzin – przez krajobraz ukształtowany przez lód, skałę i czas, przeżyta jako rodzina, w której każdy z nas znalazł własny rytm w ogromie Tatr.









