Tak blisko nieba: Wolny od dymu, wymarzony dzień na Swiftcurrent Pass

Jest dokładnie 8:11 rano, kiedy ruszam spod hotelu Many Glacier i wkraczam na Swiftcurrent Pass Trail. Po ostatnich dniach, kiedy gęsty dym z odległych pożarów lasów w Oregonie i Waszyngtonie więził majestatyczną scenerię w szarej, mglistej zasłonie, dzisiejszy poranek graniczy z małym cudem. Niebo rozciąga się nad doliną niczym nieskazitelna, ciemnoniebieska jedwabna kopuła. Powietrze jest tak rześkie i przejrzyste, że każda szczelina skalna i każde pole śnieżne wydają się być na wyciągnięcie ręki.

Już od pierwszych kroków urzeka mnie ta nieokiełznana dzika przyroda. Młody jeszcze potok Swiftcurrent Creek szemrze cicho u mego boku, torując sobie drogę przez szerokie koryto pełne jasnych, otoczonych przez lodowiec kamyków. Szum wody miesza się z zapachem wilgotnego boru iglastego. Krótko potem gęsty las otwiera się po raz pierwszy, odsłaniając mały, spokojny raj przyrodniczy.

Galeria: Wyruszenie do doliny Many Glacier

W porannym słońcu jezioro Fishercap Lake spoczywa gładkie jak lustro. Powierzchnia wody lśni głębokim błękitem, w którym odbijają się otaczające je olbrzymy. Po prawej stronie majestatycznie wznosi się stroma, piramidalna wschodnia ściana Mount Wilbur. Obracając się, w ciepłym, nisko świecącym słońcu połyskują rudawo-brązowe warstwy osadowe Altyn Peak i Mount Henkel. O tej porze nie ma jeszcze śladu po słynnych łosiach, które tak często brodzą w tutejszych płytkich wodach. Jednak cisza jeziora, obramowanego przez soczyście zielone drzewa iglaste i jasne krzewy wierzbowe, emanuje głębokim spokojem, który niesie mnie z radością dalej wzdłuż szlaku.

Z każdym krokiem dolina zmienia swoje oblicze. Poziome pasy skalne Grinnell Point wsuwają się w pole widzenia niczym potężne, piętrowe mury twierdzy. Łagodny szum rzeki stopniowo ryczy coraz głośniej, w miarę jak zbliżam się do wodospadów Redrock Falls. Górska woda spada tutaj spienionymi kaskadami po stopniach z ciemnoczerwonego argilitu – rodzaju iłowca charakterystycznego dla tego regionu, który pod mieniącą się wodną mgiełką lśni wyjątkowo intensywnie.

Galeria: Wzdłuż Czerwonych Kaskad

Na górnej krawędzi wodospadu zatrzymuję się. Spojrzenie wstecz na dolinę odsłania daleką drogę, którą pokonałem już w gęstej zieleni. Kawałek za wodospadem ścieżka prowadzi przez wąski, drewniany most wiszący, który kładzie się nad potokiem Swiftcurrent Creek. Gdy na niego wchodzę, zaczyna raźnie kołysać się i sprężynować – to chwiejna, mała przygoda, która przyspiesza bicie serca. Wkrótce potem krajobraz ponownie się otwiera i ukazuje się jezioro Redrock Lake. Woda skrzy się w słońcu, podczas gdy w oddali wznosi się już potężna, przypominająca podkowę ściana skalna Garden Wall.

Szlak prowadzi teraz ku płaskiemu zamknięciu doliny, gdzie jezioro Bullhead Lake spoczywa niczym ciemnoniebieski klejnot wtopiony w soczyste alpejskie łąki. Woda jest tak krystalicznie czysta, że można policzyć każdy kamień na dnie. Tuż za jeziorem sielanka kończy się gwałtownie: skalne ściany Kontynentalnego Działu Wodnego wyrastają przede mną niczym amfiteatr nie do przebycia.

Galeria: Na krawędzi Wielkiego Działu Wodnego

Teraz zaczyna się właściwe, wyczerpujące i pełne potu podejście. Szlak opuszcza zacienione dno doliny i wspina się po stromych, zakurzonych zakosach pod górę. Pokonując metr za metrem pośród bujnych alpejskich bylin i powyginanych limb, ryk wodospadów Swiftcurrent Falls staje się coraz bardziej ogłuszający. Mając swoje źródło wysoko nad nami z topniejącego lodowca Swiftcurrent Glacier, woda spada długą, białą wstęgą po szarych skalnych stopniach w dół.

Z tej perspektywy lotu ptaka ogrom alpejskiego procesu topnienia staje się wręcz namacalny. Potężne masy wody wpadają bezpośrednio pod wielkie płaty starego śniegu, wyżerając w nich ciemne, lodowate jaskinie. W końcu docieram do osobistego punktu kulminacyjnego mojej wędrówki. Stoję wysoko nad zamknięciem doliny, wiatr cicho świszcze nad wąską ścieżką, a przede mną otwiera się najbardziej zapierający dech w piersiach widok tego dnia: ułożone niczym sznur pereł, Bullhead, Redrock i odległe Fishercap Lake spoczywają w ciemnozielonym dywanie lasu poniżej. To idealny moment, aby zawrócić i rozpocząć schodzenie.

Galeria: Triumf promocji

Schodzenie prowadzi mnie lekkim krokiem z powrotem do doliny, a imponujące szczyty stoją teraz naprzeciwko mnie jako stali towarzysze. Łagodne popołudniowe światło sprawia, że kolory krajobrazu wydają się cieplejsze i miększe. Tuż przed końcem wędrówki składam ostatnią wizytę nad Fishercap Lake – i tym tym razem szczęście łowieckie jest wreszcie po mojej stronie.

Na trawiastym brzegu, w płytkiej wodzie stoi potężna klępa (samica łosia). Zaledwie kilka metrów dalej w zacienionym gąszczu dostrzegam drugiego: to wspaniały byk (samiec łosia) z imponującym, jasnobrązowym porożem w kształcie łopat. Ma opuszczoną głowę i spokojnie żeruje, szukając roślin wodnych. Obserwuję te majestatyczne dzikie zwierzęta z bezpiecznej ścieżki przez dłuższą chwilę, po czym pełen szczęścia pokonuję ostatnie metry do hotelu Many Glacier. Absolutnie idealny dzień wędrówki w Parku Narodowym Glacier dobiega końca.

Galeria: Pożegnalny dar dziczy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *